W poniedziałkowy wieczór, dość niechętnie, Syriusz musiał usiąść w pokoju wspólnym Gryffindoru z Peterem i spróbować mu wytłumaczyć zadanie z eliksirów, które koniecznie musiało być wykonane na dzień następny. Remus zaciągnął siłą Jamesa do biblioteki, bo ten zarobił kolejne dodatkowe zadanie z transmutacji. Syriusz próbował nawet ostatniej deski ratunku, jaką było namówienie do udzielania korepetycji Aurory Sinistry, która traktowała go z chłodną wyniosłością. Niestety, ta jak na ironię, gdzieś się zapodziała. Dlaczego dziewczyny jak są potrzebne, to nigdy ich nie ma?! Mógł oczywiście porozmawiać o pomocy dla Petera z Lily Evans, która z eliksirów była naprawdę dobra, ale u tej miał przechlapane od spotkania w pociągu i wolał do niej nie zbliżać się, jeśli nie miał większej potrzeby. Nie mając więc innego wyjścia otworzył „Magiczne wzory i napoje” i ruszył z odsieczą koledze.
Właśnie po raz piąty tłumaczył Peterowi, dlaczego akonit dodaje się do eliksiru usypiającego na samym końcu, w momencie, gdy ciecz lekko przestygnie, kiedy do pokoju wspólnego wparował James, a za nim Remus:
- Szlaban zaczynamy w sobotę – powiedział na powitanie. – A Mortycja już wie, że to my straciliśmy te czterdzieści punktów.
- I co? – zapytał Syriusz, bez większego zainteresowania.
Mortycja była drugim powodem, dla którego nie należało zbliżać się do Aurory Sinistry – wiecznie jej pilnowała.
- I nic – zaśmiał się James. – Patrzyła na mnie jak na zdechłego hipogryfa.
Gdy wszyscy wyśmiali się do woli, James jednak wyskoczył z inną rewelacją.
- Ale to jeszcze nic – powiedział. – Właśnie widziałem twoją kuzynkę, tę... Andromedę, prefekta Slytherinu.
- No i? – zapytał Syriusz.
- Jak ją widziałem, to akurat szlajała się po błoniach z Tedem Tonksem, tym z Hufflepuffu... A mówiłeś, że u was w rodzinie liczy się tylko czystość krwi.
- I galeony - dodał Syriusz, pędząc do okna, bo miał nadzieję coś zobaczyć. – Andromeda jest jednak inna. Tam nie ma nikogo, kto by mnie interesował – dodał, przyglądając się kilku postaciom wielkości mrówek, przechadzającym się siedem pięter niżej.
- Bo patrzysz na złą stronę błoni. – James rozsiadł się wygodnie w fotelu. – Musiałbyś wyjrzeć przez okno naszego dormitorium, wtedy może byś coś zobaczył.
Ostatnie słowa jeszcze nie wybrzmiały, a Syriusz już pędził do swojej sypialni. Chyba nawet na kogoś po drodze wpadł. Ale jakie to miało znaczenie, skoro Andromedzie groziło... wydziedziczenie.
- Ej! Miałeś mi pomóc! – zawołał za nim Peter.
Młody Black jednak ani na chwilę się nie zatrzymał, dopóki nie dotarł do okna w dormitorium. W oddali rzeczywiście majaczyły jakieś dwie postaci (z których jedna mogła być jego kuzynką) z wolna przechadzające się po skraju Zakazanego Lasu.
- Wiesz... – odezwał się James, tak nagle stając przy nim, że Syriusz spadł z parapetu. – Na Boże Narodzenie kupię ci omniokulary, skoro tak lubisz podglądać ludzi... Te! Co oni robią?!
Syriusz z powrotem podskoczył do okna. Oboje z Jamesem przycisnęli nosy do szyby. Dwie postaci na błoniach stały bardzo blisko siebie i...
- Jak mi powiesz, że oni się całują, to chyba się porzygam – oznajmił James.
- Raczej tylko mizdrzą się do siebie – odparł pomału Syriusz.
- Ale jesteś tego pewny?
- Nie, ale jestem pewny, że nie chcę, żebyś zarzygał mi szatę.
Odwrócili się od okna i zobaczyli zdumione spojrzenia Remusa i Petera, stojących w drzwiach.
- Co jest? – zapytał Syriusz. – Zobaczyliście chrapaka krętorogiego?
- Nie. – Spokój Remusa był niezmącony. – Ale Lily Evans prosiła, żeby wam przekazać, że jak następnym razem na kogoś wpadniecie, to wypadałoby chociaż powiedzieć „przepraszam”.
- E tam, przejmujesz się... – zbył go James. – I tak nas nie lubi. Syriusz, pytam jeszcze raz, czy ty mi przypadkiem nie mówiłeś, że u was w rodzinie hajta się tylko z czarodziejami „czystej krwi”?
- No tak, a co to ma do rzeczy? – Syriusz nie do końca wiedział, co chodzi przyjacielowi po głowie.
- Bo ja nigdy nie słyszałem o czarodziejach, którzy nazywaliby się Tonks...
Syriusza zamurowało. On też o takim nigdy nie słyszał, a w tym światku, chcąc nie chcąc, był trochę obeznany. Remus chyba dostrzegł pewne skofundowanie na jego twarzy, bo powiedział:
- Jeśli nie jesteście pewni, to możecie zapytać Mortycję, ona zdaje się, wie wszystko o rodach czystej krwi.
- Za nic – zareagował spontanicznie Syriusz. – Poza tym... Może oni się tylko... przyjaźnią.
- No... Przyjaźń z takim... „mizdrzeniem się”... – James pokręcił głową. – Trzeba to zbadać, a stąd nie najlepiej widać. Lepiej na wszystko być przygotowanym. Tym razem wolałbym mieć pod ręką zatyczki do uszu, na wypadek, gdyby miał przyjść kolejny wyjec od Blacków.
Jamesowi łatwo było powiedzieć „zbadać”. Jak na ironię, przez kolejny tydzień nie było ani śladu Andromedy, ani tego całego Tonksa. Po prostu, jakby się zapadli pod ziemię. Pojawiło się jednak coś na tablicy ogłoszeń w pokoju wspólnym Gryffindoru:
Pierwsza lekcja latania dla uczniów PIERWSZEGO roku odbędzie się dnia 7 października (środa), o godzinie 16:00, na szkolnych błoniach.
Minerwa McGonagall
- Świetnie! W końcu zacznie się coś dziać – podsumował James. – Zobacz tylko to.
Potter wskazał na jakiś mały karteluszek pod ogromnym ogłoszeniem:
- Mortycja, Ciebie to też dotyczy – przeczytał na głos Syriusz.
A już myślał, że profesor McGonagall nie ma poczucia humoru.
W sobotę nad ranem było im mniej do śmiechu. Syriusz jeszcze smacznie chrapał, gdy coś brutalnie wyrwało go z pościeli, poderwało do góry, rąbnęło jego głową o kolumnę łóżka i zrzuciło z powrotem na materac.
- MORTYCJA, NIE! – wydarła się jakaś dziewczyna.
Rozległo się przeciągłe „OŁŁŁ!”, oznaczające, że James podzielił jego los.
Syriusz przetarł oczy i trzymając się za głowę w miejscu, w którym wyrastał mu olbrzymi guz, rozejrzał się po dormitorium. Przyjaciel rozcierał sobie czoło, a Peter i Remus obudzeni okrzykami kolegów, pospiesznie zbierali się ze swoich łóżek, w obawie, że spotka ich podobna przygoda.
Syriusz jeszcze raz zamrugał oczami, otarł mimowolnie napływające do nich łzy bólu i w pełnej okazałości zobaczył stojącą po środku ich dormitorium Mortycję w towarzystwie swojego „ogona” – Aurory Sinistry.
- A mnie to jakoś nie chciałaś ratować – syknął do drugiej z nich.
- Nie wiedziałam, co ona chce zrobić – odburknęła Aurora z obrażoną miną, po czym spojrzała na przyjaciółkę: - Naprawdę nie musiałaś być aż tak... brutalna.
- No przestań – zaśmiała się Mortycja. – Głupsi i tak nie będą. Dobra chłopaki, mamy do pogadania.
Syriusz przeciągnął się w łóżku od niechcenia. Na dworze było nadal ciemno. Gwiazdy dopiero bladły na niebie, a ptaki nie zaczęły jeszcze swoich porannych treli.
- No, zbierać się, zbierać! – kontynuowała Mortycja. – Przecież odwalacie dzisiaj szlaban. Nie możecie się spóźnić.
- A więc o to chodzi. – Syriusz ziewnął potężnie, ale w końcu usiadł na łóżku.
- Dzięki wam – zaczęła dziewczyna, zdzierając z Jamesa kołdrę – Ślizgoni niebawem zdobędą prowadzenie w tabeli domów, a wygranej Slytherinu nie zniosę. Od początku roku, Peter wstawaj, przez was Gryffindor stracił blisko sto punktów. W tym czterdzieści za jednym zamachem.
- Dzięki twojej siostrze – wtrącił James.
- Wolałabym, żeby to się nie powtórzyło – dokończyła Mortycja, nie zwracając na niego uwagi.
- Zdecydowanie moglibyście w końcu przestać łamać regulamin – mruknęła pod nosem Aurora, która usadowiła się na brzegu łóżka Jamesa.
- Łamać mogą. Nawet powinni – wtrąciła Mortycja. – Tylko tak, żeby ich nikt nie przyłapał.
Syriusz przewrócił oczami.
- Dobra, sprawę przemyślimy – powiedział. – A teraz spadajcie, musimy się ubrać. Przecież same stwierdziłyście, że nie możemy spóźnić się na szlaban.
A Filch już się postarał, żeby szlaban był ciężki. Znalazł jakąś starą, nieużywaną klasę (zapewne w tym celu przeszukiwał zamek przez kilka dobrych dni) i kazał ją wysprzątać. Samo odkurzanie potrwało do drugiego śniadania.
Po sytym posiłku, przyszła kolej na jeszcze cięższe prace. Trzeba było wytrzepać stertę szmat, które znaleźli w klasie. Problem polegał na tym, że zalęgły się w nich bahanki – podobne do elfów domowe szkodniki o dwóch rzędach jadowitych zębów.
Dość odpowiedzialnie, za sprawą Remusa, ubrali się po samą szyję, aby ograniczyć możliwość ukąszenia przez insekty i zaopatrzyli się w twarde łopatki, aby ogłuszać małe potworki.
Peter pociągnął za szmaty i wyleciała na nich pierwsza wataha. Trzeba było działać szybko. Bahanki jedna po drugiej lądowały na podłodze. Znokautowanie połowy trzeba było chlubnie zapisać na poczet Jamesa, który miał niesamowity refleks.
- Gość, który wynajdzie na nie jakąś trutkę, zrobi majątek – powiedział, opierając się o ścianę, aby trochę odpocząć po pierwszej serii.
- Tak, i na pewno trafi do kart z czekoladowych żab – dodał Syriusz.
Remus i Peter przy pomocy wielkich pincet zbierali już włochate, małe szkodniki o dwóch parach rąk i nóg i wrzucali je do ogromnego słoja.
- A co z nimi zrobimy, gdy już je pozbieramy? – zapytał Peter.
- Możemy wrzucić je do kanciapy Filcha – podsunął Syriusz.
- Albo Ślizgonom do dormitorium – dodał James. – No dobra, panowie. Czas na drugą serię.
Niestety szczęście się od nich odwróciło. Zwłaszcza od Syriusza. Opasła bahanka ugryzła go w sam czubek nosa. Poczuł ukłucie i szczypanie, a nos zaczął mu bardzo szybko puchnąć.
- Idziemy do skrzydła szpitalnego – przejął dowodzenie Remus. – Trzeba mu podać antidotum.
Syriusz uważał, że nie jest to dobra chwila na dyskusje. Nie chciał mieć nosa wielkości bakłażanu albo dyni. Do pozostałych kolegów chyba też dotarło, że sytuacja jest poważna, bo pospiesznie opuścili klasę.
Skrzydło szpitalne mieściło się na tym samym piętrze, ale droga dłużyła mu się niemiłosiernie, nie czuł już połowy twarzy, na dodatek napotkali nieprzewidziane trudności.
- Szybko do łazienki – zarządził James na dźwięk dochodzących z naprzeciwka głosów.
- Ale... – zaoponował Syriusz.
- Chcesz, żeby jakiś Ślizgon zobaczył cię w tym stanie? – zapytał James.
W istocie, Syriusz nie chciał. Pospiesznie wszedł więc do wybranej przez przyjaciela kryjówki. W samą porę, bo gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, przemaszerował przed nimi Severus Snape z Lily Evans, dyskutujący o... eliksirach.
- W swoim domu widziałem już wiele irytujących rzeczy – z trudem powiedział Syriusz, wychodząc z toalety. – Ale ta dwójka bije wszelkie rekordy. Ślizgon i Gryfonka, nierozłączna para! Już chyba bym wolał, żeby szlajała się z twoją kuzynką i Mortycją.
- I z tego co zrozumiałem, on tak samo jak Evansówna, dostał nagrodę na pierwszej lekcji u Slughorna – dodał James. - Miejmy nadzieję, że nie była to Amortencja.
- Bo?
- Bo w tym wypadku za siedem lat stworzą szczęśliwe, kochające się małżeństwo – roześmiał się Potter. – Takiego wstydu jeszcze też nie było... Ślizgon i Gryfonka... Pomyśleć tylko!
- Jeśli on jest czystej krwi, jego rodzina i tak się nie zgodzi. Prędzej ożenią go z wilkołakiem.
- Nie chciałbym panom przeszkadzać – wtrącił Remus. – Ale mieliśmy gdzieś iść. A nos Syriusza wygląda już jak dojrzały pomidor.
Pani Pomfrey, szkolna pielęgniarka nie była zadowolona, gdy zobaczyła młodego Blacka w takim stanie. A kiedy powiedzieli jej, że to przez Filcha, była już naprawdę zła.
- Dobrze, wypij to Black – powiedziała, podając mu wściekle pomarańczowe antidotum. – A ja porozmawiam sobie z dyrektorem o panu Filchu. Oj, porozmawiam.
Syriusz tymczasem pociągnął łyk z pękatej butelki i natychmiast wypluł to obrzydlistwo na Petera.
- Jeszcze raz Black.
- Dyrektora nie ma – powiedział tymczasem James, przyglądając się zabiegom przyjaciela.
- W takim razie porozmawiam z jego zastępcą.
Tym razem przygotowany na gorzko-kwaśny smak wywaru, Syriusz dzielnie przełknął całą porcję.
- Jeśli wygra pani z Filchem, będzie pani moją bohaterką do końca życia – powiedział, a jego koledzy ostro przytaknęli. Szkolna pielęgniarka, aż się lekko zarumieniła i... szybko wróciła do siebie.
- Dobrze, Potter, Pettigrew i Lupin do dormitorium – zarządziła. – Pan Black do łóżka. – Wskazała jedno ze stojących pod lewą ścianą.
- Pani chyba żartuje – wydukał Syriusz.
Najpierw uderzenie w łeb, potem ugryzienie przez bahankę, a na koniec skrzydło szpitalne?! Tego chyba było za dużo na jeden dzień.
- Tak, panie Black – potwierdziła pani Pomfrey. – Musi pan zostać na obserwacji. Poza tym – dodała. – To, że zostanie pan tutaj na noc dużo bardziej świadczy na niekorzyść pana Filcha.
- Dobra, stary, to ja przyniosę ci piżamkę – skomentował James.
Wszyscy wyszli, a Syriusz pierwszy raz od miesiąca został zostawiony sam sobie. Super, sprzedany za upokorzenie woźnego. Rzucił się na wskazane mu łóżko. Chociaż po dłuższym zastanowieniu... Nie jest to znowu taka wysoka cena. A trochę spokoju też mu się przyda.
Cały dzień spokojnego leżenia to jednak za dużo nawet jak na niego. James, zgodnie z zapowiedzią, przyniósł mu piżamę i miał wyraźną ochotę zostać dłużej, ale po rozmowie z McGonagall pani Pomfrey wróciła wyraźnie nie w humorze i go pogoniła. Tak więc, Syriuszowi pozostało podziwianie wystroju wnętrza. Jakby jeszcze było co podziwiać! Długie pomieszczenie o wysokich oknach z dwoma rzędami łóżek. Ze sterylnie czystą, kamienną podłogą.
Przez chwilę przyglądał się wierzbie bijącej za oknem, która nokautowała każdego ptaka, który odważył się do niej zbliżyć. Ciekawe drzewo... Potem przyszła pielęgniarka, żeby zmierzyć temperaturę i wpakowała go do łóżka.
Policzył cegły w przeciwległej ścianie i ilość prążków na piżamie. Dwa razy przewrócił się z boku na bok i zaczął liczyć klepki na suficie. Że też musiał trafić na czas, kiedy nic się tutaj nie dzieje!
W końcu zasnął, chyba z nudów. Gdy rano się obudził z ulgą stwierdził, że jego nos odzyskał dawny rozmiar i kolor. Po dokładniejszych oględzinach odkrył, że zniknął nabity mu przez Mortycję guz.
Po śniadaniu, na które wybrali się jak zawsze bardzo późno, odwiedzili go też koledzy, przynosząc bardzo ciekawe wieści.
- McGonagall zwyzywała Filcha – doniósł James. – Nie wiem czy dobrze usłyszałem, ale chyba między innymi nazwała go niedorozwiniętym trollem.
- Dobrze słyszałeś – potwierdził Remus.
- I wykrzykiwała też, że w środę wraca Dumbledore – wypalił Peter.
- Tak. I mam co do tego bardzo ambitne plany – wtrącił James. – W końcu na powitanie dyrektora zamek musi być czysty i... pachnący.
Ze skrzydła szpitalnego, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, Syriusz został wypuszczony dopiero w poniedziałek rano. Nie zdążył się jeszcze dobrze nacieszyć swoją nową wolnością, gdy odkrył, że jednego z kolegów brakuje:
- A gdzie Lupin? – zapytał.
- A skąd ja tam mam wiedzieć?! – Obruszył się James. – Przyszła po niego McGonagall i wyprowadziła go bez słowa wyjaśnienia.
- Wyjechał?
- Chyba nie – mruknął Peter. – Jego kufer został.
- Aleś ty inteligentny...
Pogoda też bardzo się popsuła. O ile w niedzielę mógłby spokojnie spędzić czas nad wodą i cieszyć się błogim lenistwem, teraz lało jak z cebra i wiał porywisty wiatr. W końcu ze względu na bezpieczeństwo pierwszorocznych uczniów, odwołano lekcję latania.
- I bardzo dobrze – ucieszył się James. – Mamy więcej czasu na przygotowanie zamku na przybycie Dumbledore’a.
- A wydębiłeś od Aurory łajnobomby? – zapytał Syriusz.
- Pracuję nad tym...
Ale niestety, zaraz po zajęciach Aurora z Mortycją zamknęła się w dormitorium i tyle je widzieli. Dlaczego dziewczyny zawsze znikają wtedy, gdy są potrzebne? – to pytanie coraz bardziej nurtowało Syriusza.
Próba dostania się do ich sypialni zakończyła się jedynie nabiciem kilku kolejnych guzów, gdy schody pod ich nogami zamieniły się w zjeżdżalnię.
- Nie dostaniecie się tam – oświadczył David Levieaux, brat Cassidy, pomagając im się pozbierać. – Już próbowaliśmy, ale się nie udało. Podobno założyciele Hogwartu nie mieli zaufania do chłopców.
- Dyskryminacja – mruknął James na odchodnym.
Byli zmuszeni skorzystać z mizernego arsenału jakim dysponowali. Stwierdzili więc, że tym razem zrezygnują z przyozdobienia korytarza, w którym zwykle znikali Ślizgoni.
Od razu swoje kroki skierowali do kamiennej chimery, za którą, jak podsłuchali, znajdowało się wejście do gabinetu dyrektora. Ustawili Petera na czatach, bardzo brakowało Lupina, który mógłby zająć pozycję obserwacyjną na drugim końcu korytarza, a sami z klamerkami na nosach zabrali się do rozrzucania cuchnących niespodzianek.
- Właściwie po co twojej przykładnej kuzyneczce łajnobomby? – zapytał Syriusz.
- Ojciec jej kupił – odparł James. – I przymknij się, bo gadasz jak baba na mugolskim peronie. To strasznie wkurza.
- Wiesz, że ty też?
Pierwsza część planu została wykonana bezbłędnie. Nawet, pomimo niepełnej ochrony, nikt ich nie przyłapał. Zapewne szalejące po zamku przeciągi zatrzymywały wszystkich w ich ciepłych pokojach. Tylko czy, aby naprawdę wszystkich?
Ruszyli schodami w dół w celu kontynuowania zaplanowanych działań. Będzie co opowiadać Remusowi, gdy znowu się pojawi. Choć pewnie nie będzie zadowolony, gdy dowie się o ich wyczynach.
- Ted, naprawdę to nie moja...
Syriusz usłyszał błagalny głos, który z pewnością należał do Andromedy i nagle zmienił plany na wieczór.
- Muszę się dowiedzieć, co ona...
- Może później – przerwał mu James, klepiąc go po ramieniu.
Za nimi, z nadętą miną unosił się w powietrzu Irytek:
- Maluchy... – wysyczał.
- Proszę. – Nie bardzo wiedząc co robi, Syriusz wyrwał Jamesowi resztę ich łajnobombowego arsenału i wyciągnął w stronę poltergeista.
Irytek spojrzał na nią podejrzliwie, ale zaciekawiony zaczął się przybliżać. Syriusz obserwował go z zapartym tchem. Poltergeist wyszarpnął torbę z jego rąk i z potężnym „AŁIIIII”, popędził w dół schodów.
- Dlaczego to zrobiłeś?! – naskoczył na niego James.
- Mam coś innego do zrobienia, a jak widzisz, w pierwszej sprawie, Irytek chętnie nas wyręczy. No i nie wyda nas Filchowi, nie mam ochoty na kolejną nagłą pobudkę – wytłumaczył Syriusz. – Idziesz ze mną?
- Nie mam nic lepszego do roboty.
Wiedział, że Petera nie musi pytać. I tak jak cień pójdzie za nimi. Ruszył w stronę, z której dochodził głos Andromedy.
Korytarz po prawej stronie był ciemny. Zobaczył tylko smugę srebrzystego światła w jego połowie. W tej samej chwili drzwi uderzyły w ścianę i zapadł zupełny mrok.
- Lumos! – szepnął, a na końcu jego różdżki pojawił się niebieskawy promyk, którym mógł oświetlać sobie drogę. Chwilę później dołączył do niego drugi, wyczarowany przez Jamesa.
Okazało się, że to, co wcześniej wziął za drzwi było obrazem, przedstawiającym piękną syrenę. Rama jednak za nic nie dała się oderwać od ściany, bez względu na to, z jaką siłą by próbowali.
W końcu to Peter oświetlał ich pole działań, a Syriusz i James równocześnie naprężali mięśnie, wytężali siły i zapierali się nogami o ścianę, ciągnąc za ramy obrazu. Wszystko na nic. Nie dało się wejść do środka, ani nic podsłuchać.
- To się nie otworzy. – Zrezygnowany James otarł pot z czoła.
- Otworzy się, tylko trzeba ruszyć głową. Potrafisz? – zaoponował Syriusz. – Muszę wiedzieć, co ona tam robi o tej porze.
- Ruszyć głową mówisz? – wysapał James. – No dobra, to ja i Petek łapiemy cię za nogi, a ty ruszaj głową prosto w syrenę.
Czasami młody Black zastanawiał się, czy jego kolega naprawdę jest takim idiotą, czy po prostu ma na tyle inteligencji, aby takowego przekonywująco udawać.
- Dlaczego ja? – zapytał, rezygnując ze zrobienia uwagi na ten temat.
- Bo to twój pomysł – odparł szybko Potter.
- Lepiej znajdź jakiś bardziej odpowiedni taran – warknął Syriusz. – Nie dość guzów nabiłem sobie w tym miesiącu?
- Wyglądasz z nimi bardzo twarzowo – zaśmiał się James. – Ale skoro nie reflektujesz na takie atrakcje, to jutro możemy w tym celu złapać gdzieś Smarkerusa – dodał, potężnie ziewając.
- Jutro będzie już po ptakach. Chyba nie myślisz, że oni będą tam siedzieli całą noc – powiedział poirytowany Syriusz. – A ja muszę dowiedzieć się teraz, zaraz, co ona tam knuje – upierał się przy swoim.
- A jak myślisz? Na pewno rozbija się po zamku z tym Tonksem – wyłożył James jak głupiemu. – Dajmy temu spokój. Idziemy do łóżek, jestem śpiący.
Ciekawe czy byłby tak mądry, gdyby to chodziło o jego ukochaną kuzyneczkę.
- To nie idziemy zobaczyć, co powie dyrektor na niespodziankę? – zapytał z nutą żalu w głosie Peter, jakby sprawa powrotu do wieży Gryffindoru była już przesądzona, a jego oczy zapłonęły jakimś dziwnym blaskiem.
Syriusz aż podskoczył na dźwięk jego głosu. Pogrążony w dyskusji z Jamesem zupełnie zapomniał o obecności drugiego kolegi.
- Po co? – zapytał natychmiast Potter. – Jemu na pewno się spodoba. Ma gość poczucie humoru.
- Czego nie można powiedzieć o Filchu – dodał Syriusz z mściwym uśmiechem.
Niechęć do spotkania z hogwarckim woźnym jednak ostatecznie przekonała go do powrotu do dormitorium. W zeszłym miesiącu stracili dość punktów i choć mało go to obchodziło, nie miał ochoty na kolejną zemstę Mortycji. A miał dziwne przeczucie, że ta, tym razem wymyśliłaby coś jeszcze bardziej wrednego. W końcu niezbyt chętnie powlókł się za Jamesem i Peterem, schodami zwykle prowadzącymi na siódme piętro. Jak się okazało James miał już całkiem dobrą orientację w zamku. Mimo to, nie miał być to koniec atrakcji tego wieczora.
Pomogli Peterowi wdrapać się do przejścia za portretem Grubej Damy i właśnie mieli ruszyć za nim, gdy...
ŁUP!
Peter zwalił się na podłogę w pokoju wspólnym, zapewne jak zawsze zapominając o progu. Nie mogąc powstrzymać się od śmiechu Syriusz i James zatrzasnęli za sobą przejście i pospieszyli pozbierać go z podłogi.
- Petek, ale z ciebie niedojda... Przerośnięty troll narobiłby mniej hałasu – rzucił James, nachylając się do niego.
Uwagę Syriusza przykuły jednak dwie osoby, siedzące przy kominku. Dwie ostatnie osoby, które chciałby teraz spotkać. Poklepał Jamesa po ramieniu, aby zwrócić jego uwagę na Aurorę i Mortycję i postanowił robić dobrą minę do złej gry:
- Witam szanowne budziki... To znaczy szanowne panie – rzucił sarkastycznie, kłaniając się nisko. – Co tutaj robimy o tak późnej porze?
Mortycja nie dała jednak zbić się z pantałyku:
- Transmutację odrabiamy – odpowiedziała szybko. – I nie sil się na tak beztroski ton. I tak się dowiem, ile punktów dzisiaj straciliście – dodała z chłodną pogardą.
- Dlaczego ty od razu zakładasz, że musieliśmy stracić jakieś punkty? – James wyszczerzył zęby, udając obrażony ton. – Nie wierzysz w nas.
- Znam wasze możliwości – warknęła Mortycja.
- A gdzie Remus? – zapytała nagle Aurora Sinistra.
- A co my jesteśmy? Jego niańki? – naskoczył na nią Syriusz, wiedząc, że James nie odważy się rzucić żądnej riposty swojej kuzynce. Swoją drogą... Gryfon powinien mieć więcej odwagi.
Tym razem nawet Potter spojrzał na niego jak na zdechłego karalucha. Najwyraźniej to, że on ma bzika na punkcie jedynej kuzyneczki, oznaczało, że wszyscy mają obchodzić się z nią jak ze smoczym jajem. I choć Syriusz uważał, że Aurora Sinistra ulepiona jest z dużo twardszej gliny, niż wszyscy przypuszczali, postanowił obrócić swoją pierwotną wypowiedź w żart:
- A tak naprawdę to nie wiem – powiedział, trochę obawiając się, że wywoła to dłuższą dyskusję. – Przyszła po niego McGonagall i gdzieś wybyli.
Mina Jamesa jednak nadal nie wróżyła niczego dobrego:
- Tylko żebyś się kuzynka nie zakochała - rzucił, siląc się na beztroski ton.
Tymczasem twarz Aurory oblał szkarłatny rumieniec. To pozwoliło Syriuszowi kontynuować swoją tyradę. Skoro Jamesa tylko to martwiło...
- A teraz panie pozwolą, że się oddalimy – powiedział, kłaniając się po raz kolejny. – Mamy jeszcze coś do obgadania. Petek, idziemy. Petek!
Peter ani drgnął. Wciąż stał tak, jak go postawili po podniesieniu z podłogi, wpatrując się w Aurorę z rozdziawionymi ustami.
James podejrzliwie patrzył to na niego to na swoją kuzynkę:
- Panie wybaczą, ale nasz kolega za mocno walnął się w głowę – zakomunikował w końcu, podłapując grę Syriusza. – Chyba będziemy musieli zmienić cel naszej wędrówki i udać się do skrzydła szpitalnego. Same z nim problemy. Jakbyście chciały kiedyś przejąć nad nim kontrolę...
- Idę spać – przerwał martwym głosem Peter, jakby absolutnie nic z ich rozmowy do niego nie docierało i odmaszerował w stronę ich dormitorium.
James i Syriusz wymienili zdumione spojrzenia, Potter wzruszył ramionami i poszedł za nim. Nie czując się w obowiązku do dłuższych pożegnań, Syriusz również postanowił się ewakuować.
W stylu Jamesa nie było jednak odchodzenie bez ostatniego słowa:
- Aha – odwrócił się, zanim postawił stopę na pierwszym schodzie. – Jeśli martwicie się o utratę punktów, lepiej ustalcie, gdzie jest wasza Evansówna. Zdaje się, że szlaja się po zamku ze Smarkerusem. Kolorowych snów.
Zanim razem z Syriuszem, śmiejąc się i poszturchując, wbiegli po spiralnych schodach do dormitorium, Peter już dawno zdążył przebrać się w piżamę i ułożyć wygodnie w łóżku. Na ich widok tylko przewrócił się na drugi bok. Jego zachowanie było co najmniej dziwne. James także postanowił tego nie komentować.
- Idziemy spać – powiedział w końcu. – Jutro zajmiemy się twoją Andromedą.
I choć Syriusz znalazł się w łóżku dużo wcześniej niż przewidywał, jeszcze długo nie mógł zasnąć. Jak się okazało Hogwart skrywał więcej tajemnic, niż mu się wydawało. Jego myśli wciąż wracały do tej krótkiej wypowiedzi kuzynki, do wesela Belli i planów ich rodziny co do przyszłego małżonka Andromedy. Zastanawiał się też, czy kiedykolwiek słyszał o rodzinie czarodziejów czystej krwi noszących nazwisko Tonks.
tagi: